niedziela, 3 stycznia 2016

Gospodarka Chin – kolos na terakotowych nogach

Gospodarka Chin – kolos na terakotowych nogach


Autor: Antoni Perełka


Gospodarka Chin plasuje się aktualnie na drugim (po Stanach Zjednoczonych) miejscu w rankingu podliczającym nominalny PKB, a Chiny – uznawane są powszechnie za inwestycyjny raj.


Biorąc pod uwagę, że państwo o populacji sięgającej blisko 1.3 miliarda ludzi to piewca bardzo elastycznej polityki ochrony środowiska, niezmiennie niskich podatków i równie niskich kosztów pracy – nic w tym dziwnego. Z drugiej strony – obserwatorzy rynku wskazują, że Chiny są pod ciągłym obstrzałem – bynajmniej, nie tylko politycznym. Bo Państwo Środka to kolos na historycznych, terakotowych nogach, który z premedytacją prowadzony jest po najmniejszej linii oporu, powtarzając tym samym kolonizatorskie błędy z przeszłości. Państwo Środka żyje z eksportu dóbr na zachód. Z eksportu, po najniższej stawce juana, finansując tym samym europejski i amerykański deficyt. Import z Chin jest więc dla mocarstw zachodnich układem opłacalnym, a dla głównych zainteresowanych – sposobem na tymczasowe łatanie budżetowych dziur.

Chiny za czasu istnienia cesarstwa, to początkowo ekspansja terytorialna i rozwój gospodarczy, a potem – okres kolonizacyjny, kiedy to europejscy (a za nimi – amerykańscy) kupcy - podbijali stopniowo porty Państwa Środka i bez zahamowań korzystali z chińskiej wiedzy, doświadczeń, wynalazków. Prowadzone na szeroką skalę i bardzo niekorzystne dla Chin stosunki handlowe - przyczyniły się w konsekwencji do upadku jednej z najstarszych kultur świata. Wyzyskiwanie potencjału Chin przez zachodnie imperia owocowało wieloma nieudanymi powstaniami, aż wreszcie – upadkiem wielowiekowej dynastii. Kiedy władzę przejęła Komunistyczna Partia Chin - Mao Zedong proklamował powstanie Chińskiej Republiki Ludowej: zamkniętego państwa, blokującego zarówno eksport jak i import z Chin, nie mówiąc już o rządowej negacji nawiązywania jakichkolwiek kontaktów z krajami o politycznym zapleczu innym niż to „właściwe”. Jednocześnie, przewodniczący Mao zamierzał wprowadzić w życie szereg reform – od gospodarczych, po kulturowe – które ostatecznie jeszcze bardziej uwsteczniły kraj. Pod koniec swojego życia Zedong spokorniał i zapoczątkował etap przemiany Chin z kraju zamkniętego, wyizolowanego i (teoretycznie tylko) samowystarczalnego - na państwo przyjazne zagranicznym inwestorom. Po śmierci przewodniczącego i po objęciu władzy przez rząd Deng Xiaopinga – reformy przyspieszyły i swoją efektywnością zadziwiły nawet najbardziej optymistycznych obserwatorów rynku. A wszystko – dzięki taniej, masowej produkcji.

Okazuje się oto, że współczesna gospodarka Chin to przede wszystkim – statystyczny wzrost. Wzrost sam w sobie, bo nie mający pokrycia w marżach i zyskach. Żeby utrzymać tendencję zwyżkową i uspokoić nastroje społeczne – chiński rząd buduje miasta – widma (prawdziwe perełki współczesnej architektury, w których jednak nikt nie mieszka), sztucznie zaniża kurs juana (po to, by podtrzymywać światową modę na import z Chin) i prowadzi politykę taniego, ogólnodostępnego kredytu. W ten sposób – tworzy się chińska pajęczyna, asekurująca kolosa przemysłu i rozwoju gospodarczego. Sęk w tym, że ten kolos stoi najprawdopodobniej na historycznie terakotowych, niepewnych, ciągle eksportowanych przez współczesnych kolonizatorów nogach.

Analitycy przewidują, że już za 10 lat – gospodarka Chin uplasuje na pierwszym miejscu rankingów, a chiński PKB będzie stanowił 20% ogólnoświatowego obrotu. Import z Chin będzie (oczywiście) wzrastał, kurs juana zostanie kolejny raz sztucznie zaniżony, a statystyki rozwoju przemysłu – dosięgną maksymalnego poziomu. A wtedy – Chiny umrą z głodu. Z drugiej strony – jeśli chiński rząd na czas zliberalizuje gospodarkę i poluzuje sztywny kurs waluty – juan może faktycznie stać się światową dewizą rezerwową, wyprzedzając nawet amerykańskiego dolara. Tyle tylko, że jeśli tak się stanie – import z Chin przestanie być opłacalny, a gospodarka Chin nie będzie już tak atrakcyjna dla zachodu.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Czym jest filozofia Six Sigma?

Czym jest filozofia Six Sigma?


Autor: Piotr Henke


Six Sigma to metoda zarządzania jakością, której zadaniem jest osiągnięcie doskonałości procesów biznesowych lub produktów finalnych, czyli osiągnięcie doskonałości w obszarach kluczowych dla firmy, których konsekwencją jest jej pozycja rynkowa, ocena otoczenia, minimalizacja kosztów, maksymalizacja produktywności.


Wspomniana doskonałość procesów ubrana w mierniki statystyczne to jakość na poziomie właśnie "sześć sigma". Co to dokładnie oznacza - o tym za chwilę. Metoda została wymyślona w koncernie Motorola i jest obecnie wykorzystywana w wielu branżach w światowych koncernach takich jak GE, Honeywell czy Microsoft.

No dobrze, można powiedzieć, że nie ma w tym niczego nowatorskiego - każdej firmie na tym zależy - zakład produkcyjny dąży do tego by wytwarzać produkty możliwie najlepszej jakości, każda firma usługowa chce najlepiej zaspokoić potrzeby Klienta. Wiele firm mówi o swej Klientocentryczności, ale która z nich rzeczywiście bada potrzeby Klienta, skupia się przede wszystkim na ich zaspokajaniu? Filozofia Six Sigma to między innymi rzeczywiste skoncentrowanie się na Kliencie, na jego potrzebach, oczekiwaniach. "Rzeczywiste" oznacza poznanie potrzeb Klienta, danie Mu możliwości wypowiedzenia się, wysłuchanie jego zdania, nazwanie tych potrzeb. "Rzeczywiste" oznacza również realizowanie tych właśnie potrzeb, spełnianie tych właśnie oczekiwań.
Słyszałem taką anegdotę ilustrującą postrzeganie potrzeb Klienta, niestety nie przytoczę źródła, bo zwyczajnie nie pamiętam. W pewnym hotelu organizującym szkolenia czy też warsztaty dla firm zapytano co jest ważne dla Klienta by był zadowolony. Pracownicy hotelu odpowiedzieli - to oczywiste - w czasie przerw kawowych kawa musi być gorąca, ładnie podana, ciasteczka na stole, itd. Jednak gdy zapytano o to samo Klientów, czyli uczestników takich szkoleń/warsztatów okazało się, że dla nich ważne jest to, by nie trzeba było stać w kolejce do termosa z kawą, tłoczyć się w czasie krótkiej przerwy kawowej i rozmawiać na stojąco z kawą w jednej ręce i ciasteczkiem w drugiej. Ta anegdotka pokazuje, że o potrzeby Klienta trzeba pytać samego Klienta, ponieważ nasze wyobrażenie o Jego potrzebach może być mylne.
Filozofia Six Sigma oznacza również zmiany organizacyjne wewnątrz organizacji zapewniające realne wspieranie realizowania potrzeb Klienta w szczególności poprzez skupienie elementarnych działań wykonywanych w różnych miejscach organizacji wokół procesów kluczowych z punktu widzenia właśnie Klienta. Bardzo często ten właśnie element budzi wiele kontrowersji wewnątrz organizacji, oznacza bowiem przemodelowanie dotychczasowych struktur funkcjonalnych, będących takimi "państwami w państwie", mających swoje indywidualne cele, polityki - na struktury procesowe. Odpowiednie przemodelowanie struktury wg mnie jest bardzo ważnym czynnikiem sukcesu, ale można tu popełnić wiele fundamentalnych błędów, wylewając przysłowiowe dziecko z kąpielą. Znam poważną organizację w Polsce, która wdrażając - nazwijmy to roboczo "podejście sixsigmowe" - pod wpływem konsultanta zewnętrznego zmieniła swą strukturę w duchu sixsigmowym, ale w oderwaniu od wewnętrznych doświadczeń tej organizacji i zdrowego rozsądku, w sposób zupełnie sztuczny. Obserwuję ją sobie z boku i widzę, że jak na razie organizacja ta wręcz cofa się w rozwoju.

Znamy już potrzeby Klienta, ale co dalej? Teraz musimy sobie odpowiedzieć na pytanie jak daleko jesteśmy od ich zaspokajania. Jak to zrobić? Mierząc obecną jakość procesów, produktów i porównując wyniki do oczekiwanych, wyznaczonych we wcześniejszym etapie. Dr Mikel J. Harry, jeden z twórców Six Sigma, powiedział kiedyś:

"Jeśli nie mierzysz, to nie wiesz.
Jeśli nie wiesz, to nie działasz, bo nie ma podstawy działania.
Jeśli nie działasz to narażasz się na straty.
A jeśli wiesz i nie działasz to jest to sabotaż"

Wiedząc, które procesy są kluczowe z punktu widzenia Klienta, wiedząc jak obecnie funkcjonujące procesy mają się do tych oczekiwań, należy zabrać się za ich poprawę. Które wybrać? Te, które przyniosą najlepsze rezultaty, opierając się na twardych danych, miarach, miernikach, wskaźnikach. U podstaw Six Sigma leży ciągłe doskonalenie procesów, zbliżające procesy do oczekiwanego poziomu six sigma. Doskonalenie to w filozofii Six Sigma odbywa się w jednej z kilku metod opisanych i porównanych między sobą w kolejnym artykule niniejszego portalu:

1. DMAIC (Define, Measure, Analyze, Improve, Control)
2. DMADV (Define, Measure, Analyze, Develop, Verify)
3. DFSS (Design for Six Sigma)

Siłą napędową dla takich zmian, dla ciągłego doskonalenia są eksperci Six Sigma, posiadający w zależności od stopnia zaawansowania certyfikat Master Black Belt, Black Belt, Green Belt, Yellow Belt. Six Sigma to również metodyka dochodzenia do rozwiązań - "wiemy czego chcą Klienci, ale pozornie nie da się zaspokoić tych oczekiwań", metodyka wybierania właściwych projektów.

Podsumowując ten krótki wstęp - filozofia Six Sigma to:

Rzeczywista koncentracja na kliencie i Jego potrzebach
Poszukiwanie kluczowych procesów
Ciągłe usprawnianie procesów i zbliżanie do doskonałości, perfekcji, minimalizowanie wad, błędów
Mierniki jakości procesów
Zmiany w kulturze pracy, organizacji
Zaangażowanie ludzi, szkolenia six sigma, świadomość
Powiązanie z rzeczywistymi celami biznesu
Świadomość kosztów złej jakości


Piotr Henke

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Spokojnie, to tylko kryzys.

Spokojnie, to tylko kryzys.


Autor: Radosław Małecki


Ten tekst nie jest nowy, bo napisany w czasie kryzysu. Jednak jakoś dopiero teraz spodobał mi się na tyle, by go opublikować, a zatem przyszedł teraz jego czas... :-)


No to mamy kryzys. I co w tym takiego. Tak ten świat jest jakoś ułożony, że kryzysy nadchodzą po okresach prosperity, a po nich znowu wraca dobrobyt.

- I co w tym takiego?! – zapyta niejeden inwestor giełdowy, klient funduszy inwestycyjnych, czy też przedsiębiorca, który „pośliznął się” na opcjach walutowych.

Otóż właśnie – nic!

Bo przecież ludzie inwestujący w tego typu rzeczy podejmują z założenia wysokie ryzyko. To jest poniekąd wpisane w tego typu działalność. Nagrodą zaś za to ponadprzeciętne ryzyko bywają ponadprzeciętne zyski. Ale uwaga: nie zawsze „są”, a raczej „bywają”. I tym razem dla wielu nie były...

Ale spokojnie, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wszystko wróci do normy w ciągu kilku lat.

Opcje. Tu to czasem nóż się w kieszeni otwiera. Firmy, które sobie radziły nieźle prowadząc swój biznes, nagle postanawiają zostać spekulantami walutowymi. Owszem, dla wielu zabezpieczenie kursów jest sprawą ważną. Ale one z reguły nie korzystają z lewarowania, lub korzystają w niewielkim stopniu. Natomiast te firmy, które lewarowały się wysoko, np. 1:50 i wyżej, to cóż.... Zasłużyły na swój los i nie godzę się tu na niczyją pomoc dla nich. Była to zwykła spekulacja i koniec. Można było zarobić krocie, krocie można było stracić i tak też się w większości przypadków stało. Tak to już jest z tymi kryzysami, że wszelkie rozważania na temat trendów zwykle się wówczas nie sprawdzają. Wskaźniki nic nie wskazują, a eksperci zwykle się mylą.

Szkoda najbardziej tych zwykłych ludzi, którzy mogą stracić pracę. Niewielkim to dla nich będzie pocieszeniem, że przecież kryzys kiedyś się skończy. Kredyty trzeba przecież płacić na bieżąco. Trzeba płacić za wodę, trzeba jeść, dziecko musi iść do szkoły. I to jest ten jeden, jedyny wymiar światowych kryzysów, który mnie osobiście przejmuje. A dzieje się tak dlatego, że po przysłowiowej „dupie” dostają zawsze ci, którzy najmniej w tym wszystkim zawinili. Natomiast winni lądują bezpiecznie na swoich „złotych spadochronach”. (lepiej czasem być winnym...)

Dodatkowo śmieszą mnie, tłumaczenia ludzi ze szczytów władz i bankowości inwestycyjnej, że nie mieli pojęcia o nadchodzącym nieszczęściu... Litości! Przecież to są światowej klasy specjaliści! Najlepsi z najlepszych! Oni od wielu lat wiedzieli, że to się musi zawalić. Widzieli liczby, sami tworzyli instrumenty finansowe, których działania do końca nie pojmowali... A że się tłumaczą, to rozumiem... Pewnie sam bym tak mówił, gdyby czekała na mnie wielomilionowa odprawa.

Słów kilka o socjalizmie, który nie sprawdził się po raz kolejny. I tym razem (w końcu) w najbardziej socjalistycznym państwie świata – USA.

Socjalizm w USA? Oczywiście! I to w bankowości. Jak każdy z nas wie, bank jest instytucją, podobnie jak na przykład sklep spożywczy, której głównym sensem istnienia jest przynoszenie dochodu swojemu właścicielowi. Tyle tylko, że aby prowadzić bank potrzebna jest nieco bardziej złożona i specjalistyczna wiedza. Ten dochód wypracowuje się w sposób z grubsza identyczny, jak we wspomnianym sklepie spożywczym. Otóż obie instytucje muszą sprzedawać swój towar. Towar jest oczywiście w obu przypadkach inny, ale to w sumie nieistotna różnica.

No więc i sklep i bank sprzedają swoje towary i osiągają jakiś tam dochód, wynikający z ilości sprzedanego towaru, marży i poziomu kosztów. Dodatkowo ponoszą ryzyko swojej działalności. Dlatego to zwykle właściciel dobrze prosperującego sklepu spożywczego jeździ lepszym samochodem niż większość jego klientów. Bo właśnie jego wyższe od średniej krajowej dochody są okupione tymże ryzykiem. Ryzykiem, że czegoś nie sprzeda i na tym straci. I tak też jest, albo przynajmniej powinno być z bankami. A w socjalistycznym USA wymyślili inaczej. Powołali osławione Fannie Mae i Fredddie Mac. Instytucje niby prywatne, ale działające pod parasolem rządu USA. I instytucje te zaczęły gwarantować kredyty hipoteczne. Tak więc zdjęto tym samym z banków coś, co uzasadniało ich ponadprzeciętne dochody – ryzyko.

To tak jakby utworzyć „Fundusz Gwarancyjny Detalistów Spożywczych”. Po co właściciel sklepu ma się zastanawiać, czy sprzeda jedną, czy dwie palety jakiegoś piwa? Weźmie dwie. Jak nie sprzeda, to fundusz pokryje straty. I fajnie, tylko, że kiedyś to się sypnie. I właśnie się sypnęło. Tylko, że najbardziej nie zaboli szefów banków, tylko panią ekspedientkę, którą nasz przykładowy właściciel sklepu spożywczego będzie musiał zwolnić, by móc alej spłacać swój kredyt. A dla niej nie ma niestety żadnego funduszu gwarancyjnego... Ot taka zwykła niesprawiedliwość dziejowa. Ale tak to już z dziejami bywa, że są niesprawiedliwe. Nikt tego dotychczas nie zmienił i długo jeszcze nikt tego zmieni, więc i niżej podpisany nie podejmuje się podania recepty na to lekarstwo.

Jednak mam pewną myśl. Otóż wydaje mi się, że świat się nieco po tym zmieni. Wydaje mi się, że USA, nie będzie już takie samo po tym wszystkim. I może dobrze. Bo skoro obecna koncepcja upadła, to chyba trzeba poszukać innej. Ostatecznie ten pomysł na gospodarkę i finanse pochodził z lat 30-50 XX wieku, więc może się lekko zdezaktualizował?

Tak więc z okazji nadchodzących świąt życzę nam wszystkim pomysłów przystających do naszej teraźniejszości.

A co do kryzysu, to wrócę do tego tematu, bo w trakcie pisania stwierdziłem, że mam na ten temat jeszcze kilka przemyśleń.


zapraszam na: http://www.motozagadka.blogspot.com/ oraz na:http://www.radekmalecki.blogspot.com/

Radosław Małecki

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Program "Wisła"

Program "Wisła"


Autor: Sławomir Mysłek


Chciałbym tu przypomnieć pewien dokument z epoki gierkowskiej, która chociaż ostatecznie zapisała się się naszej historii raczej niechlubnie, to jednak, od czasu do czasu, wydawała na świat coś interesującego i całkiem rozsądnego.


Występujące w ostatnich latach z coraz większą częstotliwością, coraz bardziej intensywne i tragiczne w skutkach powodzie, nawiedzające nasz kraj, budzą coraz większe zaniepokojenie, ale i oburzenie w społeczeństwie. Zaniepokojenie, bo obszar zagrożony powodziami i podtopieniami zdaje się być coraz większy, a koszty usuwania strat materialnych z tego tytułu, obciążające nas wszystkich – coraz większe. Oburzenie zaś, bo kolejne ekipy, będące u władzy, nijak sobie z tym problemem poradzić nie mogą, najczęściej kończąc na słownych deklaracjach i obietnicach. Dotyczy to zarówno władz centralnych, jak i lokalnych.

Rzecz jasna, tak krawiec kraje, jak mu materii staje, więc skoro w kasie się nie przelewa, a potrzeb w różnych dziedzinach huk, trudno w pełni zapobiec tym kataklizmom. Nie zwalnia to jednak właściwych organów od zapewnienia przynajmniej minimum ochrony w ramach możliwych do wygospodarowania środków.

Najpierw jednak, jak zawsze, potrzebny jest plan działania. A ponieważ rzeki mają to do siebie, że raczej nie płyną tylko przez jeden obszar administracyjny, plany te powinny powstawać na odpowiednio wysokim szczeblu administracji i samorządu. A jeśli mowa o rzekach największych, to plan powinien powstać na szczeblu centralnym, rzecz jasna we współpracy z zainteresowanymi władzami niższego szczebla.

I tak, powoli, dochodzimy do istoty tego artykułu. Chciałbym tu bowiem przypomnieć pewien dokument z epoki gierkowskiej, która chociaż ostatecznie zapisała się się naszej historii raczej niechlubnie, to jednak, od czasu do czasu, wydawała na świat coś interesującego i całkiem rozsądnego.

Oto więc, jak to się wtedy mówiło, „wychodząc naprzeciw gospodarczym i społecznym potrzebom”, XII Plenum Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej w czerwcu 1978 r. podjęło uchwałę w sprawie przygotowania kompleksowego programu zagospodarowania i wykorzystania Wisły oraz zasobów wodnych kraju.

W owych czasach uchwała Plenum KC była dokumentem, którego nikt nie ośmieliłby się odłożyć na półkę. Nic więc dziwnego, że w stosunkowo krótkim czasie, bo w grudniu 1979 roku, przy zaangażowaniu organów administracji terenowej, biur projektowych i placówek naukowych, koordynowanych przez Biuro Pełnomocnika Rządu do Spraw Zagospodarowania Wisły powstał dokument pod tytułem: „Kompleksowy program zagospodarowania i wykorzystania Wisły oraz zasobów wodnych kraju”, zatwierdzony następnie przez VIII Zjazd PZPR i w marcu 1980 roku przez Biuro Polityczne KC PZPR. Czyli wyżej już się nie dało.

Nie wnikając w szczegóły powiedzmy tutaj, że program ten, zwany krócej Programem „Wisła”, był imponujący i rzeczywiście kompleksowy. Zawierał on bowiem zarówno zadania podstawowego budownictwa wodnego (urządzenia dla wielu użytkowników: zbiorniki, stopnie wodne, kanały żeglugowe, przerzuty wody, duże oczyszczalnie ścieków i przedsięwzięcia przeciwpowodziowe), jak i zadania towarzyszące o charakterze branżowym (rozwój żeglugi śródlądowej, budowa zbiorników do nawodnień rolniczych, regulacje rzek dla potrzeb melioracji, budowę wodociągów i kanalizacji wiejskich, budowę małych oczyszczalni ścieków, a ponadto budowa uzupełniającej sieci drogowej telefonicznej) oraz zadania uzupełniające (intensyfikację produkcji rolniczej, rozwój turystyki, ochronę środowiska).

Jednym z istotnych celów założonych do realizacji w ramach programu „Wisła” była poprawa stanu środowiska naturalnego w dorzeczu Wisły przez uregulowanie stosunków wodnych, przeprowadzenie zabiegów przeciwerozyjnych (w tym tworzenie ochronnych pasów leśnych) oraz zmniejszenie zagrożenia powodziowego,

W ramach zadań podstawowych Program „Wisła” przewidywał, między innymi, budowę 22 wielozadaniowych zbiorników retencyjnych o łącznej pojemności około 2,5 mld metrów sześciennych, głównie na dopływach karpackich Wisły oraz około 400 zbiorników retencyjnych o znaczeniu lokalnym, przede wszystkim do nawodnień rolniczych, o łącznej pojemności około 1,8 mld metrów sześciennych.

Tak sformułowany Program „Wisła” był programem daleko wykraczającym poza cele, jakie tradycyjnie stawia sobie gospodarka wodna. Był ponadto programem, który mimo słuszności większości jego celów nie mógł być zrealizowany w warunkach narastającego kryzysu gospodarczego i politycznego. Spowodowało to konieczność weryfikacji założeń, celów i zakresu jego realizacji. Zmiany te zostały uwzględnione w opracowanym przez Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Zagospodarowania Wisły „Programie zagospodarowania i wykorzystania zasobów wodnych dorzecza Wisły i rzek Przymorza Wschodniego do 2000 roku”, opublikowanym w czerwcu 1982 roku.

Pomijając szczegółowe zmiany w założeniach, nowy program zakładał, że podstawowym kierunkiem będzie racjonalne, pełne i bardziej intensywne wykorzystanie posiadanego majątku, a dopiero po 1990 roku – rozbudowa tego majątku. Program „Wisła” z 1982 roku, w odróżnieniu od poprzedniej wersji, nie miał charakteru infrastrukturalnego programu kompleksowego, lecz był branżowym programem gospodarki wodnej.

I tak na przykład zdecydowano o kontynuacji budowy jedynie 5 zbiorników wielozadaniowych, budowę dwóch kolejnych wstrzymano, 10 następnych przewidziano do realizacji w następnej kolejności, a 5 zbiorników w ogóle pominięto. Wycofano się również z wykonania zwartej kaskady stopni żeglugowo-energetycznych na długości około 900 km, od ujścia Przemszy koło Oświęcimia, aż do morza. Niemniej jednak nadal zakładano, że Wisła będzie zabudowana na całej długości do roku 2000. Z tymi korektami wiąże się również ograniczenie planu budowy na zbiornikach retencyjnych i stopniach wodnych 26 elektrowni, przewidzianych w planie pierwotnym. Program Wisła z 1980 roku zakładał regulację 2740 km rzek i potoków górskich, a w 1982 roku ograniczono go do 1250 km.

Jedynie program realizacji oczyszczania ścieków, uznany za priorytetowy, zachowano w zasadzie bez zmian, dokonując jedynie korekty harmonogramu budowy poszczególnych obiektów.

Lata 1983-84 przyniosły jednakże konieczność dalszych ograniczeń w realizacji Programu „Wisła”. Wynikły one z dalszego pogorszenia sytuacji gospodarczej kraju, co spowodowało, po pierwsze, zmniejszenie wysokości nakładów możliwych do przeznaczenia na gospodarkę wodną, po drugie zaś, zmieniło w zasadniczy sposób plany rozwoju gospodarczego kraju, a co za tym idzie, także programy potrzeb wodnych i oczyszczania ścieków.

Uwzględniając powyższe zmiany, zespół specjalistów Urzędu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej opracował w 1984 roku „Program gospodarki wodnej na lata 1984-85 i założenia do 1990 roku z uwzględnieniem ochrony wód przed zanieczyszczeniem”. Program ten zawiera najbardziej aktualny harmonogram i zakres zamierzeń w dziedzinie gospodarki wodnej kraju, w tym również dorzecza Wisły. Opierał się on, w zasadzie, na podobnych założeniach, jak Program „Wisła” z 1982 roku, był jednak programem bardziej selektywnym i rozpoczęcie realizacji wielu niezbędnych przedsięwzięć przesuwał na okres późniejszy, niż objęty programem.

Tyle w skrócie o historii, założeniach i zakresie Programu „Wisła”. Przyjrzyjmy się teraz nieco bliżej tej jego części, która poświęcona była zagadnieniom ochrony przed powodzią. Już wówczas zauważono niepokojąco szybki wzrost średniorocznych strat powodziowych. Straty te w latach 1971-80 wzrosły w porównaniu do statystyki z okresu 1958-80 o 59% w skali całego kraju. Na obszarze dorzecza Wisły wzrost ten wyniósł 44,5%, planowano więc podjęcie działań w zakresie ochrony przed powodzią, poprzez podjęcie różnorodnych środków, takich jak:

zwiększenie retencji wód dla redukcji kulminacji wezbrań,

obwałowania rzek,

zabudowa potoków górskich,

zwiększenie przepustowości koryt,

lodołamanie.

Przeciwpowodziowe oddziaływanie retencjonowania wód realizuje się poprzez budowę zbiorników retencyjnych z rezerwą powodziową. W 1980 roku spośród istniejących większych zbiorników retencyjnych w kraju znaczenie dla ochrony przeciwpowodziowej miało 25, o łącznej rezerwie 419 mln metrów sześciennych. W dorzeczu Wisły było tych zbiorników 12, o rezerwie 260 mln metrów sześciennych.

Wiele spośród zbiorników projektowanych w ramach Programu „Wisła” miało przewidywaną rezerwę powodziową. Łączna jej wielkość wynosiła pierwotnie 670 mln, po korekcie z 1982 roku – 165 mln , a po kolejnej aktualizacji programu w 1984 roku – 137 mln metrów sześciennych.

Jeśli chodzi o obwałowania rzek, to w 1980 roku ich stan oceniono jako niedostateczny. Istniejące wały o długości 7800 km, wraz ze zbiornikami retencyjnymi, zapewniały ochronę 1 mln hektarów nizin nadrzecznych (65% terenów wymagających ochrony). W dorzeczu Wisły istniało 3,5 tys. km obwałowań, chroniących 0,5 mln ha terenów. Nadal bez ochrony pozostawało 0,4 mln ha powierzchni, a także konieczna stała się modernizacja wybudowanych wałów.

W wyniku prowadzonych prac, sytuacja w 1982 roku uległa pewnej poprawie. Długość wałów przeciwpowodziowych wzrosła do 8832 km (chroniły 1,2 mln ha nizin nadbrzeżnych), w tym w dorzeczu Wisły wzrosła ona do 4686 km (pod ochroną znalazło się 710 mln ha dolin rzecznych, czyli 60% terenów wymagających ochrony).

Program obwałowań przeciwpowodziowych z 1982 roku obejmował budowę nowych oraz modernizację starych wałów, nie zapewniających dostatecznej ochrony. Przewidywano przede wszystkim kontynuowanie już rozpoczętej rekonstrukcji obwałowań Wisły górnej i jej dopływów na terenie województw: krakowskiego, tarnowskiego, tarnobrzeskiego i rzeszowskiego na ogólnej długości około 580 km. Objęto też programem obwałowanie dopływów Wisły środkowej i dolnej o długości 550 km na terenie województw: kieleckiego, radomskiego, lubelskiego, ostrołęckiego i siedleckiego. Kolejne zadania stanowiła modernizacja wałów na terenie województw gdańskiego i elbląskiego na długości 200 km oraz budowa wałów wzdłuż małych rzek nizinnych na terenie pozostałych województw wiślanych o długości 570 km. Ogółem program przewidywał budowę i modernizację wałów na długości 1900 km.

Odrębne zadanie stanowiły roboty bagnownicze i regulacyjne oraz modernizacja zapór i wałów w obrębie i powyżej zbiornika włocławskiego. Prace te, z uwagi na wysoki stopień zagrożenia powodziowego, otrzymały charakter priorytetowy. Nie ujęto ich wówczas w programie z uwagi na brak pełnego rozeznania problemu.

W 1984 roku zdecydowano, że modernizacja i budowa wałów przeciwpowodziowych oraz stacji pomp będzie prowadzona w ramach melioracji gruntów ornych przez Wojewódzkie Zarządy Inwestycji Rolniczych ze środków inwestycyjnych planów terenowych. W okresie 1984-85 przewidywano na terenie kraju wybudowanie i zmodernizowanie 341 km wałów. Natomiast w okresie 1986-90 zakładano przyspieszenie tempa realizacji obwałowań. Planowano na ten okres budowę i modernizację, na terenie całego kraju, wałów o długości 1100 km.

Rzeczowy rozmiar inwestycji przewidzianych do realizacji w latach 1984-90, przedstawionych powyżej, stanowił zaledwie około 20% ówczesnych rzeczywistych potrzeb. Budowa obwałowań oraz modernizacja istniejących miała koncentrować się w tym okresie w dolinach rzek o największym zagrożeniu powodziowym, gdzie brak było pełnej ochrony, lub istniejąca wymagała poprawy stanu technicznego. W dorzeczu Wisły prace miały być prowadzone w dolinie górnej Wisły oraz na Bugu i Narwi.

Jak dalej potoczyły się losy Polski, w tym również PZPR i Programu „Wisła”, wszyscy wiemy. Sądzę jednak, że wykonane podczas prac nad programem studia i analizy z pewnością nie są pozbawione merytorycznych wartości planistycznych, możliwych do wykorzystania również współcześnie. Czy ktoś po nie sięga? Jaki plan działania w zakresie zagospodarowania rzek mamy dzisiaj? Co z planowanych przedsięwzięć udało się do dzisiaj zrealizować. Zapraszam tych z Państwa, którzy mają wiedzę na ten temat do podzielenia się nią na tym blogu.

A swoją drogą, analiza porównawcza tego, co istniało w roku 1980 z tym, co mamy na rok 2010 mogłaby być całkiem interesująca. Ale to już temat na oddzielne opracowanie.



Źródła:

1. „Kompleksowy program zagospodarowania i wykorzystania Wisły oraz zasobów wodnych kraju. Koncepcja generalna”, Biuro Pełnomocnika Rządu do spraw Zagospodarowania Wisły; Warszawa, lipiec 1980.

2. „Program zagospodarowania i wykorzystania zasobów wodnych dorzecza Wisły i rzek Przymorza Wschodniego do 2000 roku”, Biuro Pełnomocnika Rządu do spraw Zagospodarowania Wisły; Warszawa, czerwiec 1982.

3. „Program gospodarki wodnej na lata 1984-85 i założenia do 1990 roku z uwzględnieniem ochrony wód przed zanieczyszczeniem”, Urząd Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej; Warszawa, maj 1984.


sjm

http://czywieszze-sjm.blogspot.com

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Rolnictwo ekologiczne czy przemysłowe?

Rolnictwo ekologiczne czy przemysłowe?


Autor: Tomasz Galicki


W dzisiejszych czasach bardzo często zapominamy jak ważna jest ekologia w procesie produkcji żywności już na etapie rolnictwa. Dzisiejsze fermy coraz częściej skupiają się na produkcji masowej co bardzo często wpływa negatywnie na jakość produkowanej przez nie żywności.


Spowodowane jest to między innymi tym, że konsumenci bardzo często w pierwszej kolejności biorą pod uwagę cenę produktu a dopiero na drugim lub dalszym miejscu jego jakość. Wydawałoby się, że prowadzi do do kresu rolnictwa ekologicznego, lecz tymczasem nie jest to takie oczywiste. Świadomość, żywieniowa polaków z każdym rokiem się zwiększa i coraz więcej osób zaczyna przejmować się tym co je. Cena dla wielu osób staje się sprawą drugorzędną a w pierwszej kolejności o dokonaniu zakupu decyduje jakość. Czy zatem opłaca się prowadzenie gospodarstw ekologicznych czy zdecydowanie lepiej wyjdzie się idąc w produkcję masową? Temat ten jest niezwykle ważny i wiąże się z wieloma dylematami. Przekonać się o tym możemy na przeglądając fora rolnicze, gdzie temat ten jest niejednokrotnie poruszany. Dlatego dzisiaj postaram się przybliżyć problemy i korzyści wynikające z prowadzenia gospodarstwa zgodnie z zasadami ekologii.

Rolnictwo ekologiczne opiera się przede wszystkim na na środkach pochodzenia biologicznego i mineralnego. Prowadząc tego typu działalność ograniczamy do minimum wytwory technologiczne. Dzięki odrzuceniu w procesie produkcji żywności chemii rolnej, weterynaryjnej i spożywczej, uzyskujemy produkty pochodzenia naturalnego, które są dużo zdrowsze i smaczniejsze od produktów zawierających chemię. W produkcji masowej do pasz dodawane są antybiotyki, które nie tylko szkodzą ptactwu, ale również osobom, które później je spożywają.

Ponieważ rolnictwo ekologiczne wyklucza w procesie produkcji używanie sztucznych nawozów, jest ono przyjazne środowisku i nie degraduje go. Stosowanie nawozów przyczynia się bardzo dużej mierze do zanieczyszczenia wód. Ponadto środki ochrony roślin niszczą nie tylko szkodniki roślin, lecz także organizmy, które nie są szkodliwe z punktu widzenia gospodarki człowieka.

Żywność produkowana w sposób ekologiczny zwiększa jakość produktów żywnościowych, co wpływa na nasze zdrowie, oraz prawidłowy rozwój naszych dzieci. Ma ono także pozytywny wpływ na rośliny, gdyż są one naturalnie chronione przed różnego rodzaju chorobami czy szkodnikami.

Prowadzenie gospodarstwa ekologicznego, wiąże się także z pewnymi niedogodnościami. Rolnictwo tego typu jest bardziej pracochłonne od metody przemysłowej. Proces produkcji żywności ekologicznej jest więc droższy, co odbija się także na jej cenie. Poza tym rolnictwo ekologiczne sprawdza się tylko w niewielkich gospodarstwach, na większych obszarach zaczyna być ono mało opłacalne.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.